O autorze
Iwo Augustyński – doktor nauk ekonomicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Jeden z niewielu polskich post-keynesistów. Fan Michała Kaleckiego i Hymana Minsky’ego. Propagator makrofinansów i modelowania makroekonomicznego w duchu SFC (Stock-flow Consistent). Ze spraw bardziej „przyziemnych” ekspert ds. pomocy publicznej dla przedsiębiorców.

Jak naprawić strefę euro?

Z okazji Dnia Europy powrócił temat tego, czy Polska powinna, czy też nie, ewentualnie pod jakim warunkiem, wejść do strefy euro. Ponieważ jest to temat mi bliski muszę podzieliś się z Wami moimi wnioskami.

Chcę krótko omówić następujące pomysły:

1. Program inwestycji publicznych – Plan Junckera?
2. Europejski Mechanizm Stabilności
3. Fundusz amortyzacji zadłużenia
4. Euroobligacje
5. Unia fiskalna
6. Podatek Keynesa



Wstęp – przyczyny nierównowagi wewnętrznej strefy euro

Jeśli w różnych krajach relacja płac do wydajności pracy jest różna, to mamy do czynienia z różnym poziomem inflacji (można założyć, że zagraniczne przyczyny inflacji takie jak np. cena ropy naftowej oddziałuje na wszystkie kraje tak samo) . Jeśli kraje te łączy wspólna waluta, to z powodu wyższej bądź niższej inflacji zmienia się realna wartość waluty w różnych krajach. Np. jeśli w Niemczech inflacja wynosi 1% a w Hiszpanii 5%, to po roku siła nabywcza niemieckiego pracownika spadłaby o 1% a hiszpańskiego o 5%. Wywiera to odpowiednią presję na wzrost płac. Powiedzmy, że w efekcie w Niemczech płace wzrosną o 0,5% a w Hiszpanii odpowiednio o 2,5%. Oznacza to, że koszty produkcji w Hiszpanii wzrosły np. o 2% a w Niemczech się nie zmieniły (bo koszty pracy stanowią tylko część ogólnych kosztów, dodatkowo firmy mogą zmniejszyć swoje marże) . Jeśli takie różnice w inflacji utrzymywać się będą przez kilka lat, to różnice w kosztach będą ciągle rosły na korzyść krajów o niższej inflacji. Biorąc pod uwagę spadającą siłę nabywczą Hiszpanów (płace realne spadają o 2,5% w powyższym przykładzie) to import taniejących produktów niemieckich dodatkowo rośnie.

Przykład Niemiec podałem nieprzypadkowo. Jedną z przyczyn wzrostu nierównowag w strefie euro było obniżenie płac realnych w Niemczech w wyniku tzw. reform Hartza (2003-2005). Została w ten sposób złamana niepisana umowa, że wzrost płac jest powiązany ze wzrostem wydajności pracy. W realiach wspólnej waluty oznaczało to, że produkty niemieckie stały się bardziej konkurencyjne kosztem produktów krajów, które przestrzegały tej umowy społecznej (przede wszystkim Francji, ale także Włoch). W ten sposób Niemcy zmniejszyły bezrobocie i zwiększyły wzrost gospodarczy kosztem swoich głównych europejskich partnerów handlowych.

Wprowadzenie i stopniowy wzrost płacy minimalnej w Niemczech stanowi w pewnym sensie powrót do tejże umowy.

Program inwestycji publicznych

Odpowiednio duży program inwestycji publicznych, zwłaszcza finansowany z budżetów państw najmniej zadłużonych i realizowany tamże, spowodowałby wzrost inwestycji prywatnych, konsumpcji i co za tym idzie również importu. Zwiększony import z krajów borykających się z dużym zadłużeniem i kryzysem (oraz niskim popytem i niską konkurencyjnością produkcji) pomógłby im przezwyciężyć te negatywne zjawiska, gdyż zwiększyłby popyt na ich produkty i usługi. W krajach takich jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia koszty pracy są znacząco niższe niż np. w Niemczech, a na dodatek inwestycje budowlane są stosunkowo pracochłonne. Lokalizacja takich inwestycji nie ma jednak większego znaczenia, ważniejsze jest, aby były nie były one finansowane z budżetów krajów wysokozadłużonych. Niestety Niemcy prowadzą obecnie politykę zmniejszania wydatków budżetowych ograniczając w ten sposób możliwość wykorzystania tego narzędzia.
Czy tzw. Plan Junckera spełnia te wymagania? Niestety nie. Po pierwsze jest zbyt mały – tylko 5 mld euro „w gotówce”. Szacuje się, że pozwoli on na realizację projektów o wartości 315 mld euro w ciągu 3 lat – to wciąż zbyt mało, jak na pobudzenie gospodarek połowy strefy euro. Dodatkowo wsparcie mogą otrzymać projekty z zakresu badań i rozwoju, technologii informacyjnych czy też związane z rozwojem przedsiębiorczości. Taki charakter ma prawie połowa zatwierdzonych projektów. Największe szanse na dofinansowanie mają więc najbardziej konkurencyjne firmy z najlepiej rozwijających się krajów, co zwiększy dysproporcje w strefie euro zamiast je zmniejszać.

Europejski Mechanizm Stabilności


Gdy okazało się, że pogrążającym się w kryzysie takim krajom jak Grecja, Portugalia i Irlandia
trzeba pomóc, w 2010 r. powołano na szybko współfinansowany przez wszystkie państwa strefy euro fundusz kryzysowy o nazwie Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF). Następnie ten tymczasowy mechanizm zostały zastąpiony Europejskim Mechanizmem Stabilności (ESM), który ma chronić stabilność finansową eurolandu. Właśnie z ESM pochodzą środki na pomoc udzielną Grecji w ramach najnowszego, opiewającego na 86 mld euro pakietu ratunkowego. Jak się łatwo domyślić, otrzymanie kredytu z ESM wiąże się z obowiązkiem wdrożenia polityki cięć budżetowych , w efekcie jest on narzędziem zaostrzania problemów w strefie euro, a nie ich rozwiązywania.

Fundusz amortyzacji zadłużenia

grupowałby zadłużenie wszystkich członków strefy euro przekraczające 60% ich PKB. Zadłużenie to, które obecnie szacuje się na 2,3 bilionów euro, byłoby następnie spłacane przez 25 lat po niższej przeciętnej stopie procentowej. Rozwiązanie to pozwoli zadłużonym krajom 'złapać oddech' i przeprowadzić niezbędne reformy strukturalne. Oznaczałby on początek emisji euroobligacji.

Euroobligacje

Idea euroobligacji polega na tym, że inaczej niż obecnie, kraje strefy euro emitowałyby wspólne obligacje na pokrycie swoich potrzeb budżetowych. Oznacza to, że oprocentowanie obligacji niemieckich i greckich byłoby takie samo. W ten sposób Grecja płaciłaby mniejsze odsetki od swojego długu niż obecnie, a Niemcy większe. Czyli w pewnym sensie Niemcy „dofinansowywaliby” Greków. Od euroobligacji do wspólnego budżetu jest już bardzo blisko. Stąd opór wielu krajów. Główne zastrzeżenie to tzw. „pokusa nadużycia”.

Unia fiskalna

W listopadzie 2012 r. Komisja Europejska opublikowała dokument zawierający kompleksowy zbiór działań, które należałoby wdrożyć w ciągu najbliższych 5 lat, wskazując na potrzebę objęcia integracją kolejnych obszarów polityki, a w przyszłości powstania budżetu centralnego ze wspólnymi mechanizmami stabilizacyjnymi. Harmonogram działań przedstawia poniższy diagram:


Jak widać plan pogłębiania integracji skupia się głównie na utworzeniu unii bankowej, która w żaden sposób nie rozwiązuje przyczyny słabości strefy euro.

Planowany budżet strefy euro miałby się opierać na ESM i pozbawiony by był funkcji redystrybucyjnej, czyli transferu środków do ubogich obywateli (czyli głównie do biedniejszych krajów członkowskich). Istnieje więc uzasadniona obawa, że nie tylko będzie nieskuteczny, ale będzie narzędziem wdrażania polityki neoliberalnej na jeszcze większą skalę.

Propozycja Parlamentu Europejskiego z maja 2016 r. jest dalej idąca i obejmuje m.in.:
- harmonizację podatku CIT
- harmonizację płacy minimalnej
- harmonizację inwestycji, zwłaszcza w badania i rozwój
- fundusz „na czarną godzinę” (Rainy Day Fund)
- Europejski System Świadczeń dla Bezrobotnych
- zwiększenie mandatu demokratycznego kosztem porozumień międzyrządowych
- utworzenie budżetu (treasury) strefy euro zarządzanego przez Komisję Europejską

Bieżący stan negocjacji można śledzić na stronie PE wpisując „budgetary capacity for the Eurozone” w polu wyszukiwania Word(s).

Z punktu widzenia krajów strefy euro jest to zdecydowanie krok w dobrą stronę. Realizacja dwóch pierwszych punktów zlikwidowałaby konkurencję „w dół” krajów członkowskich, a pozostałe propozycje oznaczają wprowadzenie mechanizmów redystrybucyjnych. Należy więc z wielką uwagą śledzić dalszy ciąg dyskusji nad tym dokumentem.

Podatek Keynesa

J.M. Keynes na konferencji w Bretton Woods zaproponował wprowadzenie nowej waluty służącej wyłącznie do rozliczeń międzynarodowych, którą nazwał bancor. Każdemu krajowi, który chciałby z niej korzystać zostałaby przydzielona pewna kwota równa średniemu eksportowi i importowi z poprzednich kilku lat. Eksport wyższy lub niższy od tej kwoty byłby opodatkowany.
Przekładając to na realia strefy euro, dla każdego kraju członkowskiego zostałaby obliczona corocznie kwota maksymalnego eksportu i importu z pozostałych krajów strefy. Przekroczenie tych limitów oznaczałoby konieczność zapłacenia podatku do wspólnego budżetu UE. W ten sposób „karane” byłyby zarówno kraje odnotowujące permanentne nadwyżki w handlu jak i te o ciągłych deficytach. Powstałaby więc presja na zmianę polityki gospodarczej zarówno w takich krajach jak Grecja jak i Niemcy. Moim zdaniem podatek taki byłby łatwiejszy do zaakceptowania politycznie niż wspólny budżet strefy euro, zapewniałby dodatkowe źródło budżetu UE i odnosiłby się bezpośrednio do głównej przyczyny nierównowagi w strefie. Niestety ten pomysł nie jest rozpatrywany przez instytucje unijne.
Trwa ładowanie komentarzy...